luteranka blog

    Twój nowy blog

    W poprzedniej notce było o cnocie i poznaniu, dziś kolejne punkty naszego wersetu – powściągliwość i wytrwanie.

    Powściągliwość to cecha charakteryzująca ludzi panujących nad sobą i swoimi pragnieniami i emocjami; opanowanie, umiar.*

    Jest to więc umiejętność panowania nad sobą, czyli tłumienia, powściągania, nieokazywania niektórych swoich pragnień i emocji. To nie jest tak, że co na myśli to i na języku. To nie jest tak, że mamy okazywać wszystkie swoje emocje. Czasami lepiej jest jak ugryziemy się w język, pohamujemy się z wyrażeniem jakiejś opinii lub wykonaniem jakiegoś gestu. Taki poker face… Pewnie ma to coś wspólnego z zachowaniem dyplomatycznym, albo jak teraz się mówi – poprawnym politycznie. Powściągliwość to również panowanie nad pragnieniami. To oznacza, że nie wszystkie nasze pragnienia mamy od razu zaspokajać. Czasem musimy trochę poczekać a niekiedy lepiej będzie, aby te pragnienia pozostały niezaspokojone.

    Wytrwanie to od słowa wytrwaćwytrzymać, dotrwać do jakiegoś czasu. Człowiek wytrwałycierpliwie, uparcie dążący do czegoś, nieustający w działaniach, niezrażający się łatwo trudnościami; niestrudzony, niezachwiany niezłomny.*

    Wytrwanie jest związane z powściągliwością. Mogą w nas buzować silne emocje, ale aby nie skrzywdzić kogoś, nie odpłacić pięknym za nadobne powstrzymujemy się od reakcji i w tym powstrzymaniu, powściągliwości musimy wytrwać. To wytrwanie ma się też wyrażać w innych cechach, o których mówiliśmy – w wierze, cnocie i pielęgnowaniu relacji z Bogiem. Nie zawsze jest łatwo, nie zawsze różowo. Czasem przychodzą trudne chwile, czas załamania. Ale mimo wszystko musimy być wytrwali w wiernym służeniu Bogu. W definicji podkreśliłam słowa „nieustający w działaniach”. To znaczy, że wytrwanie nie ma być biernym oczekiwaniem końca czasu ucisku, ale aktywnym działaniem, dążeniem do celu, wypełnianiem misji.

    Powściągliwość i wytrwanie są dla mnie osobiście wielkim wyzwaniem. Sama mam problem z powściągliwością. Często, kiedy coś mi się nie podoba, otwarcie o tym mówię, nierzadko w ostrych słowach. Czasem nie potrafię trzymać języka za zębami. A to niestety nie jest dla mnie dobre, obraca się przeciwko mnie. Podobnie z wytrwaniem. Często biorę na siebie wiele zadań, ale gdy minie entuzjazm, ciężko mi kontynuować rozpoczęte dzieło. Taki mam słomiany zapał i przez to wciąż zaczynam nowe rzeczy a starych nie potrafię doprowadzić do końca. A bez wytrwałości nie można pochwalić się osiągnięciami. Wiem, że muszę popracować nad powściągliwością i wytrwałością i ufam, że z Bożą pomocą uda mi się.

    Podsumowując więc nasze pasyjne rozważania, mamy wiarę uzupełniać
    czynieniem dobra, pielęgnowaniem OSOBISTEJ relacji z Bogiem, powściągliwością w wyrażaniu emocji i opinii oraz wytrwałą pracą nad sobą. W następnej notce zastanowimy się nad kolejnymi punktami naszego
    wersetu – pobożnością i braterstwem.

    * Słownik Współczesnego Języka Polskiego, wyd. Readers Digest, Warszawa 1998

    W poprzedniej notce pisałam o wyzwaniu dla nas na czas pasyjny, czyli fragment: „dołóżcie wszelkich starań i uzupełniajcie waszą wiarę cnotą, cnotę poznaniem, poznanie powściągliwością, powściągliwość wytrwaniem, wytrwanie pobożnością, pobożność braterstwem, braterstwo miłością.” (2P 1,5-7) Dzisiaj skupię się na cnocie i poznaniu.

    Kiedy jest mowa o cnocie, pierwsze skojarzenie mamy ze znaczeniem cnoty jako dziewictwa, dziewiczości. W powyższym fragmencie chodzi jednak o inne znaczenie. Przytoczę tu definicję:

    Cnota to jedno z podstawowych pojęć etycznych (zwłaszcza w etyce starożytnej i chrześcijańskiej); nabyta i utrwalona w zachowaniu pozytywna cecha charakteru, trwała dyspozycja psychiczna do czynienia dobra.*

    Jest to więc pozytywna cecha charakteru człowieka, zaleta, związana z wysokimi wartościami moralnymi. Warto zwrócić uwagę na podkreślone w definicji słowa. Jest to cecha nabyta i utrwalona w zachowaniu. To oznacza, że każdy może ją mieć, nie jest cechą wrodzoną lecz nabytą a by była trwała, należy ją utrwalić w zachowaniu, czyli w czynieniu dobra. Im częściej będziemy czynić dobro, tym bardziej wejdzie nam to w nawyk i będzie dla nas naturalne, stanie się naszą cechą, cnotą. Wiarę w Boga należy więc uzupełniać cnotą czyli nawykiem czynienia dobra.

    Poznanie to kategoria filozoficzna obejmująca zarówno akt osiągania wiedzy, jak i jego efekt, czyli wiedzę.**

    Poznanie jest więc procesem zdobywania wiedzy o czymś/kimś jak również sama ta wiedza. Ale co znaczy poznawać?

    Słowo „poznawać” ma wiele znaczeń. Tu skupimy się na dwóch z nich. Tak więc poznawać to zdobywać informację, zasób wiadomości o czymś poprzez doświadczenie, zaznajomienie się z faktami itp., rozumieć relacje zachodzące między różnymi elementami czegoś. Poznawać to również nabywać doświadczenie w związku z czymś, przeżyć coś samemu.**

    Odnosząc się więc do naszego pasyjnego wyzwania, mamy wiarę uzupełniać czynieniem dobra a także poznaniem Boga, czyli zdobywaniem informacji o Nim z Pisma Świętego, z nabożeństw, doświadczaniem Go w pięknie przyrody, cudach natury, w modlitwie. Tak jak już wspomniałam w jednej z ostatnich notek, aby dobrze kogoś poznać musimy z nim dużo przebywać. Aby poznać Boga musimy z Nim być w relacji, czytać Biblię i się modlić. W definicji podkreśliłam słowa „przeżyć coś samemu”. W poznanu Boga to jest właśnie ważne, aby mieć z nim OSOBISTĄ relację. Pan Bóg nie ma wnuków, ma tylko dzieci. Nie jesteśmy chrześcijanami, bo nasi rodzice i dziadkowie są wierzący. Stajemy się chrześcijanami przez osobistą więź z Bogiem.

    Tak więc wiara, czynienie dobra i osobista relacja z Bogiem. Tyle na razie. W następnej notce zastanowimy się nad kolejnymi punktami naszego wersetu – powściągliwością i wytrwaniem.

    * Encyklopedia Powszechna, wyd. Kluszczyński, Kraków 2001
    ** Słownik Współczesnego Języka Polskiego, wyd. Readers Digest, Warszawa 1998

    Boska jego moc obdarowała nas wszystkim, co jest potrzebne do życia i
    pobożności
    , przez poznanie tego, który nas powołał przez własną chwałę i
    cnotę, przez które darowane nam zostały drogie i
    największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami boskiej
    natury, uniknąwszy skażenia, jakie na tym świecie pociąga za sobą
    pożądliwość. I właśnie dlatego dołóżcie wszelkich starań i uzupełniajcie waszą wiarę cnotą, cnotę poznaniem, poznanie powściągliwością, powściągliwość wytrwaniem, wytrwanie pobożnością, pobożność braterstwem, braterstwo miłością
    . Jeśli
    je bowiem posiadacie i one się pomnażają, to nie dopuszczą do tego,
    abyście byli bezczynni i bezużyteczni w poznaniu Pana naszego Jezusa
    Chrystusa. Kto zaś ich nie ma, ten jest ślepy, krótkowzroczny i zapomniał, że został oczyszczony z dawniejszych swoich grzechów. Dlatego,
    bracia, tym bardziej dołóżcie starań, aby swoje powołanie i wybranie
    umocnić
    ; czyniąc to bowiem, nigdy się nie potkniecie. W ten sposób będziecie mieli szeroko otwarte wejście do wiekuistego Królestwa Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa.”
    . (2P 1,3-11)

    Fragment ten był czytany w czasie nabożeństwa w minioną środę. Myślę, że w kontekście rozpoczynającego się czasu pasyjnego jest to pewne wyzwanie, ale i obietnica. Jak bowiem czytamy, dzięki temu, że poznaliśmy Boga, mamy z nim relację, On daje nam wszystko, co jest nam potrzebne do życia i do pobożności. Jesteśmy zbawieni przez wiarę, ale nie mamy na tym poprzestawać. Jak czytamy dalej, tę wiarę należy uzupełniać cnotą, poznaniem, powściągliwością, wytrwaniem, pobożnością, braterstwem i miłością. To właśnie jest zadanie dla nas na czas pasyjny i na całe życie. A o co tak właściwie chodzi i jak tego dokonać? Spróbuję rozważyć ten temat w kolejnych notkach.

    Jutro rozpoczyna się czas pasyjny. Zachęcam Was więc, żeby wykorzystać ten czas na dobre przygotowanie się do Świąt Wielkanocnych. Przed nami 7 tygodni bez… no właśnie, bez czego? A może 7 tygodni z…? Czy macie pasyjne postanowienia?

    Ja swoje mam. Ostatnio zbyt dużo czasu spędzam na siedzeniu przed komputerem, a szczególnie niektóre gry na Facebooku są pożeraczem mojego czasu. Dlatego też w czasie pasji chcę ograniczyć czas spędzany na bezsensownym graniu a przeznaczyć go na umocnienie mojej relacji z Bogiem przez modlitwę, czytanie Biblii, większe
    zaangażowanie w życie Kościoła. Chciałabym też napisać co najmniej 3
    rozdziały z mojej pracy magisterskiej.

    Zapraszam Was do przyłączenia się do akcji 7 tygodni bez na www.7bez.pl

    Panie, dodaj mi sił i wytrwałości w dotrzymaniu tych postanowień. Amen.

    Dziś trafiłam na ten werset:

    „A wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga
    miłują, to jest z tymi, którzy według postanowienia Jego są powołani.”
    (Rz 8,28)

    Jakaż to wspaniała obietnica w kontekście rozważań o kryzysie! Choćbyśmy niewiadomo w jakim impasie się znaleźli, to i tak Bóg zamieni to w dobro dla nas. Dla nas, którzy miłujemy Go i w Nim mamy nadzieję.

    Dzisiaj jeszcze więcej słów nadziei Bóg skierował do mnie. Na spotkaniu biblijnym omawialiśmy fragment Ewangelii wg. Jana 10,1-18, w którym Jezus opowiada przypowieść o owczarni i o dobrym pasterzu. W sumie dość znany fragment, ale dziś skupiłam się na nim wyjątkowo i na nowo odkryłam prawdę, że to jedynie Jezus jest drzwiami, przez które możemy wejść do Królestwa Niebieskiego i On jest dobrym pasterzem, który zna swoje owce po imieniu a one (czyli my) znamy Go i słuchamy Jego głosu.
    Ale co znaczy znać kogoś? Im więcej z kimś przebywamy, tym lepiej go poznajemy. Nie inaczej jest z Panem Bogiem. Jeśli pielęgnujemy relację z Nim, często się modlimy i czytamy Pismo Święte, to poznajemy Go coraz lepiej i wiemy, czy głos, który do nas dochodzi jest od Boga czy od szatana.
    To, że kiedyś poznałam Jezusa i miałam z Nim dobrą relację przydało się w walce z kryzysem. Byłam jak zagubiona owieczka, która wpadła w chaszcze. Mimo iż nie widziałam wyjścia to słyszałam mojego Pasterza, który wołał mnie po imieniu. Znałam Jego głos i idąc za Nim wyszłam z potrzasku.

    Pan jest pasterzem moim,
    Niczego mi nie braknie.

    Na niwach zielonych pasie mnie.
    Nad wody spokojne prowadzi mnie.
    Duszę moją pokrzepia.
    Wiedzie mnie ścieżkami sprawiedliwości
    Ze względu na imię swoje.
    Choćbym nawet szedł ciemną doliną,
    Zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną,
    Laska Twoja i kij Twój mnie pocieszają.

    Zastawiasz przede mną stół wobec nieprzyjaciół moich,
    Namaszczasz oliwą głowę moją, kielich mój przelewa się.
    Dobroć i łaska towarzyszyć mi będą
    Przez wszystkie dni życia mego.
    I zamieszkam w domu Pana przez długie dni.

    (Ps 23)

    Minęły dwa miesiące od poprzedniej notki… a tak chciałam pisać częściej… No cóż, musiałam się zmierzyć z pewnymi zawirowaniami w tym czasie…

    Pisałam ostatnio, że w pracy zaczyna się psuć. Otóż może nie popsuło się, ale nastąpiły poważne zmiany. Zlikwidowano moje stanowisko i przeniesiono mnie na inne. Jestem teraz Specjalistą ds. Sprzedaży. Powiem szczerze, że na początku obawiałam się, czy podołam, ale nie mając innego wyjścia WMÓWIŁAM sobie, że nie tylko dam radę, ale i będę liderem sprzedaży. No i jestem na dobrej drodze, żeby ten cel osiągnąć! :)

    Na ten niełatwy okres w pracy nałożyła się jeszcze sesja na studiach, którą jednak przeszłam bezboleśnie, uzyskując oceny nie niższe niż 4, co mnie niezmiernie cieszy. Jeszcze tylko moja praca magisterska spędza mi sen z powiek, bo kompletnie nie mam natchnienia do pisania ani nawet ochoty się za to zabrać.

    A prywatnie staram się z Bożą pomocą przepracować ten kryzys, który przeżywałam między majem a październikiem zeszłego roku. To był dla mnie bardzo trudny czas. Pogubiłam się i były momenty, kiedy kompletnie nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Wpadłam w niezłe bagno. Moje małżeństwo omal się nie rozpadło z powodu obopólnego braku zaufania. Moja relacja z Bogiem ucierpiała wtedy mocno, gdyż z powodu grzechu nie miałam odwagi stanąć przed Nim i z Nim rozmawiać. Ale co jakiś czas, kiedy ogarniała mnie totalna bezradność, wzdychałam do Niego, żeby pomógł mi przez to przejść i odzyskać pokój. Po pięciu miesiącach od zakończenia kryzysu powoli buduję swoją wiarę na nowo, coraz łatwiej jest mi przychodzić przed Boże oblicze i się modlić. Odbudowuję też z Ernestem wzajemne zaufanie. Nasz związek zawsze był burzliwy. Stali czytelnicy mojego bloga już się nieraz o tym przekonali. Już nieraz się zozstawaliśmy, ale jednak wracaliśmy do siebie. To jest miłość! Trudna miłość, ale prawdziwa. Ernest jest moim mężem i nie czas, by zastanawiać się, czy to był dobry wybór i czy z kim innym nie byłoby mi lepiej. Nie wiem tego i nigdy się nie dowiem. Teraz chcę skupić się na pielęgnowaniu tego, co mam, tego, co nas łączy, aby nasze małżeństwo stale się rozwijało a nasza więź była silna i nierozerwalna. Gdyż chcę być szczęśliwa a jak uświadomiłam sobie w październiku – Szczęśliwy jest ten, kto potrafi docenić to, co ma zamiast gonić za czymś, czego mieć nie może.

    Właśnie skończyłam czytać książkę Ute Horn „Kryzys szansą od Boga”. Kupiłam ją, bo zainteresował mnie tytuł. Gdy po kilku miesiącach od kryzysu zaczęłam zastanawiać się nad tym wszystkim, robić bilans zysków i strat, tak właśnie pomyślałam o tej sytuacji, która mnie spotkała, jako o „szansie danej od Pana Boga po to, by dzięki niej móc spotkać i zarazem odmienić samą siebie” (por. Ute Horn, „Kryzys szansą od Boga”, str. 8). Ute w swojej książce opisuje różne sytuacje kryzysowe i daje cenne wskazówki, jak przetrwać trudne chwile. Chcę przeanalizować je na nowo i przejść swoistą terapię. Czuję, że jest mi to potrzebne. Na pewno w kolejnych notkach będę wracać do tej książki.

    Panie Boże, dziękuję Ci za ten kryzys, który musiałam przeżyć. Wplątałam się w to z własnej głupoty i wiele straciłam pieniędzy, czasu, zdrowia. Nadszarpnęłam zaufanie mojego męża, zraniłam Ciebie. Ale Ty nie dopuszczasz na mnie ciężaru ponad siły i w odpowiednim momencie zadziałałeś i dałeś mi nowe siły, by wyjść z tej syuacji. Dzięki Tobie mogę teraz patrzeć na to, co się wydarzyło nie tylko jak na coś złego, ale również jak na lekcję życia, lekcję zaufania, wierności i pokory. Panie, pomóż mi teraz pracować nad sobą i nad swoim małżeństwem tak, aby to podobało się Tobie. Panie, modlę się za wszystkich przeżywających kryzysy, aby w swoim załamaniu zobaczyli również te dobre rzeczy i aby to dało im nadzieję i wskazało kierunek do wyjścia z depresji. Amen.

    Dziś obchodzimy Święto Epifanii. W tym roku, po raz pierwszy od 50 lat ten dzień jest dniem ustawowo wolnym od pracy. O tym, czy ta decyzja rządu była słuszna czy nie, nie chcę się teraz szeroko wypowiadać. Pewnie dyskusje na ten temat będą prowadzone jeszcze przez jakiś czas. Ja tam się cieszę dniem wolnym, szczególnie, że jak wszystko prywatnie zaczęło się układać, tak w pracy zaczyna się psuć. Ale ufam Panu i od kilku dni zastanawiam się, co Bóg chce mi przez tą sytuację pokazać… Jutro też mam wolne (urlop), sobota, niedziela… Mam czas na przemyślenia.

    Wracając do dnia 6. stycznia, dla mnie to szczególny dzień również z innego powodu. Dziś właśnie jest 4. rocznica mojej konwersji.
    Patrzę na to wydarzenie z perspektywy czasu i stwierdzam, że była to jedna z najważniejszych, ale też i najtrudniejszych życiowych decyzji, jakie podjęłam. Podjęłam ją zupełnie samodzielnie i wiem, że była właściwa. Ciesze się z tego. Moje życie zmieniło się przez to diametralnie. Czy jest łatwiej? Na pewno nie, ale na pewno lepiej. Bo dzięki temu czuję, że mam wpływ na własne życie i wybory. Życie zgodne z własnym sumieniem i przekonaniami. A to dla mnie ważne.

    Boże, dziekuję Tobie za to, że objawiłeś mi się pewnego czasu, objawiłeś mi Swoją miłość do mnie i teraz mnie prowadzisz. Dziękuję, że działasz w moim
    życiu. Mimo tego, że ja czasem zawodzę i zdaję się zapominać o Tobie, to Ty pamiętasz, kochasz, czekasz. Dziękuję za te 4 lata, za to, że codziennie upewniasz mnie, że to jest moja droga. Dziękuję też za te 3 wcześniejsze lata, przez które przygotowywałeś mnie do tej decyzji. Prowadź mnie dalej Twoją drogą, daj bym dobrze oczytała Twoją wolę dla mnie, te znaki, które teraz mi pokazujesz. Przez Jezusa Chrystusa. Amen.

    Po wielu perypetiach zdecydowałam się jednak wrócić do tego bloga. Brakowało mi pisania, dzielenia się swoimi przemyśleniami i dyskusji w komentarzach. Dużo się działo w minionym roku, przeżyłam kryzys (kryzys wiary i kryzys w małżeństwie), ale wychodzę na prostą i powoli układam sobie życie od nowa. Początek nowego roku sprzyja zmianom, nowym planom, postanowieniom. Dlatego też sama mam plany na ten rok, m.in. umocnienie wiary i osobistej relacji z Bogiem, uzdrowienie relacji małżeńskich, skończenie studiów i inne. W kolejnych notkach napiszę o nich szczegółowo. Tymczasem życzę Wam szczęśliwego Nowego Roku, aby był lepszy od minionego, aby wszystkie Wasze plany i zamierzenia udało się zrealizować i aby dobry Bóg błogosławił Wam na Waszej drodze.

    „Bójcie się jedynie Pana, służcie Mu w prawdzie z całego serca: spójrzcie, jak wiele wam wyświadczył.” (1Sm 12,24)

    Cieszymy się, że jesteś darem dla innych, darem bez którego to, co robimy nie byłoby zrealizowane w pełni. Jesteśmy wdzięczni za Twoje zaangażowanie i za to, że jesteś częścią naszej ekipy.

    Dziękujemy za wszystko co robisz.

    Pracownicy Centrum Misji i Ewangelizacji

    Takie oto miłe słowa wraz z książką Urlicha Parzany’ego „Dobry Początek” dostałam od CME z okazji Dnia Wolontariusza. Wszystko byłoby miło, gdyby było szczere… Dlaczego uważam, że nie jest?

    1. Dzień Wolontariusza jest 5. grudnia a 30. listopada wygasła moja umowa wolontariacka z CME. Nikt nie wykazał chęci, aby ją ze mną przedłużyć, więc dlaczego dziękują mi, że JESTEM częścią ich ekipy?

    2. Z oficjalnej strony internetowej CME, z działu wolontariuszy już mnie usunęli.

    3. Dziękują mi na moje zaangażowanie… To chyba ironia, bo w tym roku szczerze powiedziawszy się nie wykazałam. Szczególnie jeśli chodzi o tłumaczenia. Tak, przyznaję się bez bicia, że nie miałam na to czasu a i szczerze mówiąc wiele chęci. Tym bardziej, że zwykle to miały być tłumaczenia z terminem na wczoraj, co mnie delikatnie mówiąc irytowało. I pewnie dlatego nie chcą już ze mną współpracować.

    4. Wprawdzie pomogłam w prowadzeniu rekolekcji w Orzeszu, ale 2 z 3 dni się spóźniłam (niełatwo dojechać publicznymi środkami transportu z Gliwic do Orzesza). Teraz wiem, że mogłam na te dni wziąć urlop. Wtedy myślałam, że jak się zwolnię 3 godziny wcześniej z pracy to zdążę. O mało co jednak w ogóle nie dostałabym zwrotu pieniędzy na dojazdy, bo sobie o mnie zapomnieli. Z resztą nagminnie mylą Czerwionkę z Orzeszem. To co, że obie parafie podlegają pod jednego proboszcza. Ja należę do Czerwionki! To przecież 2 różne miasta oddalone od siebie o ok. 10 km i dojechać trzeba (a co dopiero z Gliwic, gdzie pracuję). W końcu dostałam zwrot za bilety komunikacji publicznej, ale za dojazd samochodem już nie… :/

    5. Chciałam pomóc w TE, ale mimo iż miałam to zagwarantowane w umowie, nie znaleziono dla mnie zadania. Tłumaczyli się tym, że skoro nie mogę zostać na całym tygodniu, to nie mogą mi zafundować całości no i nie mają jak grafiku dyżurów ustalić czy coś. Hmm… jakoś rok wcześniej im to nie przeszkadzało. Wtedy to pomagałam w biurze TE, miałam za darmo cały pobyt a nie było mnie na ostatnich 3 dniach. Wtedy jakoś dało radę a w tym roku już nie. Cóż, widocznie jednak jestem darem, bez którego to, co robią, da się zrealizować w pełni.

    Jeszcze przed wygaśnięciem umowy wolontariackiej zastanawiałam się, czy ją przedłużyć, tylko na innych zasadach. Napewno zrezygnowałabym z tłumaczeń, bo mnie to nie bawi a pochłania masę czasu. Ale pomoc w rekolekcjach, w TE czy być może przy akcji Prezent pod Choinkę, czemu nie? Może do „Warto” coś bym napisała, albo rozważania do „Blisko”, albo mogłabym pomóc w jakiś inny sposób? No ale najwyraźniej moja pomoc nie jest potrzebna. Świetnie dają sobie radę beze mnie. Tym bardziej, że pracuję na cały etat, kończę studia i piszę pracę magisterską, wyszłam za mąż i powinnam się mężem i domem zająć a do tego daleko mieszkam od Dzięgielowa…

    Cóż, nie zniechęca mnie to do działalności na rzecz Kościoła i nadal będę się udzielać. Ale tym razem wtedy, kiedy będę miała czas i ochotę a nie dlatego, że mnie umowa zobowiązuje. No i łudzić się nie będę, że wszelkie poniesione koszty będą mi zwrócone, bo to g***o prawda!

    Żeby nie było… nadal lubię ludzi pracujących w CME a także cenię samą organizację. Sama przecież już 2 lata temu chciałam tam pracować. Etatu nie dostałam, wolontariat był pewnego rodzaju rekompensatą, okazją do zaangażowania się, do dania czegoś z siebie innym, do utrzymywania kontaktów ze znajomymi z CME. Jednak odkąd wyszłam za mąż te kontakty się ochłodziły aż prawie właściwie zupełnie zanikły. Już nawet Stefan nie pisze SMSów z tekstem: „Śpisz już?” o 4 rano…  Przecież małżeństwo nie jest więzieniem. Mąż nie jest dla mnie całym światem. Nadal mam swoje zainteresowania, pasje, cele. Staram się, na ile to możliwe, być jak najbardziej niezależna. Niestety czuję, że pewnych rzeczy nie przeskoczę, ludzi na siłę nie przekonam, czyjejś mentalności nie zmienię. Dla nich wciąż będę luteranką drugiej kategorii, żoną katolika, mieszkającą w diasporze…

    Inna ja

    2 komentarzy

    Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda…?
    Już od dość dawna nie prowadzę tu już regularnych wpisów.
    Jakieś pół roku temu ktoś sprawił, że mój światopogląd zmienił się diametralnie. Już nic nie jest takie proste jak wcześniej, nic już nie jest biało-czarne.
    Nie mogę już kontynuować tego bloga… Kolejne notki nie pasowałyby do całości. Ale ciągnie mnie do pisania i poruszania kontrowersyjnych tematów. Być może niebawem spotkamy się w sieci… Ale to już będę inna ja.


    • RSS